Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 grudnia 2011

Klata na Śląsku. Retrospektywa


Nie ma wolności dla wrogów wolności

Teatr Wyspiańskiego, wieczorny pokaz spektaklu Jana Klaty, kolejne "Interpretacje", wielka niewiadoma. Po mocno politycznym, PRL-owskim "Rewizorze" zrealizowanym w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, opowie nam Klata tego wieczoru o wielkiej sprawie, "Sprawie Dantona" wg Przybyszewskiej

Droga wiedzie widza poprzez ciemne kulisy, ku scenie, na której rozegra się dramat jednego człowieka – Maksymiliana Robespierre’a. Wszyscy jesteśmy częścią tej historii – tłumem, który burzył i nieustannie burzy swoje bastylie. Jesteśmy masą wiwatującą, gdy Ludwik XVI kładł głowę na szafocie, jesteśmy tymi…dosyć! A może chodzi o wielki spektakl historii, o kulisy dziejów, wielkich przełomów, idei, które wyleczyć nas mają z „nieznośnej lekkości bytu”? Podążam podekscytowany tą drogą, by nagle, niczym w onirycznej wizji szaleńca znaleźć się pośród bohaterów Wielkiej Rewolucji, najdonioślejszej, bądź jak chcą niektórzy, najmroczniejszej chwili w nowożytnej historii. Spektakl trwa, kostiumy z epoki, rewolucja toczy się nieustannie, ktoś ze świty wodza przechadza się nerwowo. Jedynie scenografia jakby z innego snu – snu innego szaleńca. Wysypisko, jakieś kartony, niczym baraki bezdomnych. Jak to być może? Śmietnik historii, rewolucja gdzieś na obrzeżach współczesnego Metropolis? Postmodernistyczna pustynia, owa „jałowa ziemia”, jakiś O’Haryzm, jakaś degrengolada. A pośród tego pustkowia wanna, w niej on – Rrrrrrobespierre! Upozowany na Marata, leży bez życia. Złowrogie proroctwo, wszyscy znamy jego los, znamy los rewolucji. Francuski adwokat złoży swą głowę na jej ołtarzu. Jakaż to zresztą różnica: wanna, czy gilotyna – istotne, a może wręcz banalne, dlaczego?

I o tym właśnie jest dla mnie „Sprawa Dantona” Jana Klaty. Winno zatem zostać nazwane to widowisko już raczej „Sprawą Robespierre’a”. Nie sposób oczywiście pominąć rewelacyjnego Cichego w roli tytułowej, ekstrawaganckiej Preis w roli… Rewolucji – cały zespół sięgnął wyżyn aktorskiego kunsztu. Jest jeszcze coś: muzyka, oprawa dźwiękowa. Dobór songów przyprawia całości entourage’u rockowej opery.

W niezapomnianej scenie, gdy nagle gasną wszystkie światła, na „śmietniku historii” zalega cisza, w chwilę później, niczym jej mroczny chichot, rozbrzmiewa warkot pił mechanicznych, znikąd, zewsząd dobiega refren „Children of the Revolution ” T-Rexów. I zjawiają się one, wściekłe i zajadłe dzieci rewolucji, bawiące się w bardzo, bardzo niebezpieczną grę. A pośród nich ów zagubiony, piękny i przerażający, smutny, acz pełen pasji chłopiec, tak chłopiec, mimo ciężaru historii nieustannie noszonego na barkach, niczym krzyż, jak gwiazda glamrocka, Marcin Czarnik czyni z Robespierre’a niemal ikonę. Przydaje mu cech chrystologicznych, rzekłby polski inteligent, romantyk. Zbawieniem przezeń oferowanym jest rewolucja, której zawierza, ceną – osobista ofiara, życie, które podporządkować musi wielkim trybom historii. Bohater, który za swą chęć uczynienia „Nowego, wspaniałego świata” lub choć naprawy istniejącego, płaci straszliwą cenę – wyzbywa się własnej egzystencji. Jest jeszcze coś, co Maksymilian poświeci na ołtarzu Wielkiej Rewolucji, nim, wpadłszy w spiralę przemocy i terroru, sam położy na nim głowę. Coś o co walczy, coś prawdziwego, jedynie nieskalanego, bliskiego prawdziwej wielkości w tym unurzanym we krwi, oszalałym, groteskowym i makabrycznym świecie ciągłej i niepohamowanej konsumpcji idei, walki, przemocy i upadku – miłość do Kamila Desmoulins’a (w tej roli zjawiskowy Bartosz Porczyk). 

To właśnie powolny upadek Maksymiliana Robespierre’a, jego przemiana z niegodzącego się na terror i nieprawość strażnika republikańskich ideałów, w tyrana. Ta podróż – od jakże banalnej dla nas dziś chęci „ruszenia z posad bryły świata”, buntu wobec zastanego porządku, umiłowania wolności, z wielkiego marzenia o świecie równości i braterstwa, oświeceniowej wiary w postęp, dobro człowieka, dobrobyt i szczęście dla wszystkich obywateli republiki, świata, ku powszechnej zbrodni, ku masowym rzeziom, podejrzliwości, obsesji zdrady, teatrowi okrucieństwa, ku odrażającemu spektaklowi zemsty i śmierci, apokaliptycznej wizji końca dziejów prowadzącego do upadku człowieczeństwa – staje się punktem centralnym, osią fabuły.

Bo choć wszyscy znamy z lekcji historii koniec tej opowieści – od chwili, gdy wstępujemy na scenę, na której ów spektakl się rozegra, gdy ujrzymy wannę, jak z obrazu Jacques-Louis Davida – to zadajemy sobie, i nieustannie winniśmy sobie zadawać, pytanie: jak to możliwe? Gdzie popełnił błąd Maksymilian Robespierre? Jak ze szlachetnego obrońcy ideałów zmienił się w bestialskie narzędzie nieludzkiego terroru? Co stało się początkiem końca, co zagubił w tym wielkim widowisku? Gdzie my popełniamy pewnie nie tak brzemienny w skutkach błąd, który jednak i dla nas wieszczy nadejście czasu wewnętrznego cienia, z którym już zawsze będziemy się zmagać?

Spektakl Klaty, jak każde prawdziwe arcydzieło, nie daje łatwych odpowiedzi, wwierca się w umysł, wciąga do gry, żąda zaangażowania, współudziału. Starcie tytanów – Dantona i Robespierre’a – to wielkie słowa, wielkich ludzi? A może demagogia i ujadanie maluczkich? Prywatna rozgrywka, konflikt wybujałych ambicji, żądza władzy? Być może w przypadku „Człowieka X Sierpnia” Robespierre nazbyt stanowczo opierał się machinie terroru, był intelektualistą, człowiekiem świadomym politycznych, społecznych i etycznych następstw zgody na podszepty Saint Justa i jemu podobnych. Maksymilian rozumiał doskonale, że raz pchnięta w ruch machina radykalnej rewolucji nie zatrzyma się dopóty, dopóki nie pożre całej rzeczywistości, włącznie ze swymi dziećmi, włącznie z nim samym.

Kiedy więc Maksymilian poniósł klęskę? Kiedy pojawiła się rezygnacja, oznaczająca zgodę na makabryczny pochód śmierci, znaczącej swój trakt tysiącami owych wielkich ołtarzy, na których odbywać się miały jakobińskie msze czerwone?

Oprócz idei rewolucji, którą Robespierre był ogarnięty, obezwładniało go jeszcze jedno uczucie, miłość do młodego pisarza i publicysty Desmoulins’a. To jedynie uczucie, genialnie wygrane przez duet Czarnik-Porczyk, mogło ocalić w przywódcy Komitetu człowieka. Mimo iż przez cały czas zdaje się Kamilem manipulować, stara się go chronić, jak gdyby chciał, by zachował niewinność, młodzieńczą wierność ideałom; to co sam, zmęczony ciągłą walką utracił, a co pociąga go u młodego literata, stara się dać mu, czy raczej pomóc zachować – życie jakiego sam pragnął, a które dawno już poświecił dla „sprawy”.

Rozpatrując los Maksymiliana trzeba mieć na względzie czas, w jakim przyszło mu żyć – smagany niszczącym wichrem historii przegrywa z chwilą, w której za namową swego otoczenia, nie mając już siły dłużej zmagać się z oponentami, wydaje swą jedyną – poza rewolucją – prawdziwą miłość, a może jedynie namiętność Kamila Desmoulins’a, na łaskę trybunału. Wyrok zapadł już dawno… szafot. Rewolucja dopomina się krwawej ofiary. Tej samej Rewolucji głowę odda George Danton – wyrok usłyszy niedługo później Maksymilian Robespierre. 

Przedstawienie musi trwać 



Epilog

Raz jeszcze więc, ciemnym korytarzem, pośród aktorów w teatrze historii. Nie ma kurtyny. Ta sama wanna, te same kartony, gdzieś na tyłach rzeczywistości. Ten sam Robespierre? Zasiądźmy na scenie, spektakl trwa nieustannie. Wszyscy jesteśmy jego częścią. Zawsze.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Klata na Śląsku

zdj. Grzegorz Hawałej/PAP
Miłość w czasach zarazy, czyli Kazimierz i Karolina versus światowy kryzys finansowy

          Myślałem kiedyś, że drażni mnie teatr polityczny, teatr zbyt zapatrzony w codzienność, że irytują mnie prztyczki wymierzone w pseudointelektualne „elity” i możnych imitujących artystyczną bohemę celebrytów. Że nie lubię teatru Jana Klaty. Wkrótce jednak zmądrzałem i to nie dlatego, że zobaczyłem wrocławską Sprawę Dantona czy krakowską Trylogię. Powodem mego nagłego oświecenia nie była też wirtuozerska interpretacja świetnego tekstu Bożeny Keff. Powód, drodzy Państwo, był dalece bardziej prozaiczny. Otóż któregoś dnia włączyłem odbiornik telewizyjny, by obejrzeć wieści ze świata. I oto usłyszałem jak telewizyjni „mędrkowie” ujawniali swe sądy nad przyczynami nieskończonego upadku Najjaśniejszej.
          Wtedy zrozumiałem, że Kazimierz i Karolina, podobnie jak na przykład Szajba, nawet kiedy nie są uniwersalnymi arcydziełami o meandrach człowieczeństwa i tajemnicy egzystencji, są dziełami potrzebnymi nam jak powietrze. Szczególnie w dusznej atmosferze lokalnego środowiska teatralnego.
          Powie ktoś: Reżyser Rewizora nie dotknął w Kazimierzu… nieodgadnionej tajemnicy bytu człowieczego, nie powiedział nam wiele o świecie, o dziejach. Zgoda. Lecz po raz kolejny opowiedział nam kilka gorzko zabawnych słów o nas samych. O naszych obsesjach, skrywanych żądzach, pretensjach, poczuciu krzywdy, frustracjach. Stendhalowskie „zwierciadło” znów przechadzało się naszym gościńcem. Nie ominęło fontanny w supermarkecie, do której zagubieni ludzie wrzucają w jakimś groteskowym geście monety wiedząc, że wrócą tam już w następną niedzielę z całą swą rodziną, być może ich dorastające córki zajrzą tam nawet rychlej w poszukiwaniu odrobiny ciepła i zrozumienia u „starych pojebów”. I znów zakrzyknie ktoś, po co nam oglądać nasz własny upadek? Można rzecz jasna zbić zwierciadło, ale czy wtedy świat w nim widziany zniknie?
          Nawet jeśli krzyż z puszek „Lecha” niesiony przez galerianki nie robi już dziś takiego wrażenia, to pytanie o to „Gdzie jest krzyż?” z perwersyjną wręcz przewrotnością doskonale wpisuje się w dzisiejszą debatę nad krucyfiksem w świątyni świeckiej demokracji. A i zdesperowany Cywek Kosa ze swoim bojowym zacięciem i konserwatywnymi poglądami, przejawiającymi się w tradycyjnym, delikatnie mówiąc, postrzeganiu roli kobiety, jakoś tak zaskakująco wpasował się w warszawskie przygody chłopaków czczących Niepodległość.
Są wreszcie i oni: Kazimierz i Karolina. Młodzi, piękni, nieco zagubieni. Kochają się przecież, to nie ich wina, że pogubili się trochę w świecie wzajemnego uprzedmiotowienia. Ostatecznie, już Fromm zauważył, że „Nie należy się specjalnie dziwić, że w kulturze, w której przeważa orientacja handlowa i w której sukces materialny jest najważniejszą wartością, stosunki w dziedzinie ludzkiej miłości podlegają temu samemu schematowi wymiany, jaki rządzi rynkiem towarowym czy rynkiem pracy”.
          Może zatem Klata powiedział nam tym spektaklem – o uwikłaniu człowieka w samego siebie i w drugiego człowieka – znacznie więcej niż może się nam początkowo wydawać?